ALEKSANDRA TRZYBULSKA 1E
Witajcie,
dzisiejszy post poświęcony będzie spektaklowi, na którym niedawno byłam w Capitolu. Mowa o "Blaszanym bębenku", czyli inscenizacji słynnej powieści Güntera Grassa o tym samym tytule.
Dotychczas w Capitolu we Wrocławiu byłam dwa razy - pierwszy raz, 16.10.2019, na Mocku, zaś 30.01.2020 właśnie na "Blaszanym bębenku". Za każdym razem atmosfera teatru mnie uwiodła - oglądający odświętnie ubrani, niewielu było takich, którzy zdecydowali się na dresy, spokojne, nie za głośne rozmowy. Było czuć podniosłość tego wydarzenia. A to przecież "tylko jakiś spektakl". No właśnie, że nie - to o wiele więcej.
Po wejściu na widownię zasiadłam w fotelu i rozglądałam się wokół - jakież to mam szczęście, że mogę uczestniczyć w takich chwilach! Mimo że miejsce miałam dopiero w trzecim rzędzie po prawej stronie, wszystko widziałam bez zarzutu. Dlatego też teraz będę mogła Wam, moi drodzy Czytelnicy, opowiedzieć wszystko, co widziałam i słyszałam - bo doznania są nie z tej Ziemi!
Na początku towarzyszyło mi zaskoczenie, ponieważ Oskara, głównego bohatera, nie grało żadne dziecko (Oskar przez całe swoje życie pozostał wzrostu trzyletniego chłopca), a dorosła kobieta, Katarzyna Pietruska. Oczywiście, aktorka przed sobą miała lalkę, którą przez cały czas trwania spektaklu grała (zdjęcie z boku, po prawej Oskar). Wciąż miałam wrażenie jakby to rzeczywiście było dziecko, ponieważ mimika pani Katarzyny oddawała każdy grymas małego Oskara. Do dziś podczas czytania powieści Grassa, na którą zdecydowałam się po obejrzeniu spektaklu, czytając o chłopcu mam przed oczami tę twarz. To było moje pierwsze spotkanie z teatrem lalek i powiem szczerze - nie spodziewałam się, że tak bardzo spodoba mnie się ten rodzaj teatru. Aktorów z lalkami później było więcej (na zdjęciu "wielka miłość" Oskara).
Przedstawienie, jak również książka, opowiadają historię małego Oskara Matzeratha, który w wieku trzech lat buntuje się wobec świata i postanawia nigdy nie urosnąć. Zrzuca się ze schodów i tak zostaje trzylatkiem przez całe swoje życie. Blaszany Bębenek to przedmiot, z którym nigdy się nie rozstaje. Posiada również donośny głos, który jest w stanie rozbić każdą szybę. Właściwie cała sztuka opowiada o jego licznych przygodach, rozterkach w życiu. Myślę, że warto poznać tę historię ponieważ odbiega od innych.
Pierwsza scena rozpoczęła się tańcem zabawek w sklepie. Już wtedy wiedziałam, że choreografia to coś, co "porwie" mnie w tym przedstawieniu. Nie myliłam się - podczas każdej sceny była jakaś forma tańca, który mnie oczarował bez reszty. Nieczęsto zwracam na niego uwagę, ale tu rytmiczność oraz zgranie się tancerzy nie mogło przejść bokiem. Najlepszym układom dowodziła Czarna Kucharka. Sama postać Czarnej Kucharki jest intrygująca i do końca w inscenizacji niewyjaśniona. Pojawia się w pewnych momentach, po czym znika podążając konsekwentnie charakterystycznym chodem. Przeczytałam później, że owa postać to przede wszystkim ucieleśnienie lęków samego autora, Grassa.
Na uwagę zasługuje również, ważna w pierwszych scenach, postać babki Oskara. Gdy pojawia się zza kulis ponad dwumetrowa kobieta o czterech spódnicach z kartoflowym wzorem ciężko zwrócić uwagę na cokolwiek innego. Aktorka jest osobą charyzmatyczną i szybko również łapie kontakt z widownią. Kolejną barwną postacią jest ojciec Alfred Matzerath. Aktora, Artura Caturiana, poznałam już wcześniej podczas przedstawienia "Mock". Po usłyszeniu jego głosu i śpiewu stał się bezwarunkowo jednym z najlepszych śpiewaków jakich kiedykolwiek słyszałam. Co prawda w "Blaszanym Bębenku" nie odgrywa najważniejszej roli, aczkolwiek ma swoje momenty. Ostatnią osobą, o której wręcz muszę powiedzieć jest kobieta, na którą pewnie nawet większość nie zwróciła uwagi. Otóż mowa o Justynie Woźniak. W tej sztuce grała poboczne role jak nauczycielka czy zakonnica. Jednak barwa jej głosu długo pozostaje w pamięci. Już wcześniej, na Mocku, zauważyłam jak profesjonalnie odgrywa każdą daną jej postać - tam grała Damę Ulicy, zaś tu nagle została zakonnicą... Biję pokłony dla tych trzech osób oraz oczywiście dla Katarzyny Pietruskiej.
Następnym ważnym elementem jest tu muzyka. Capitol słynie z piosenek, które wpadają w ucho. Warto wejść na ich konto na soundcloudzie. Można znaleźć tam po trzy piosenki z np. Blaszanego Bębenku lub Mocka. Moje serce skradła "Szkoła", ponieważ w tym utworze można było usłyszeć Justynę Woźniak. Warto zapoznać się z tymi utworami jeszcze przed pójściem na sam spektakl, ponieważ usłyszenie znanej nuty na przedstawieniu (oraz ciche śpiewanie z aktorami...) jest czymś dzięki czemu możemy lepiej przeżywać całą sztukę.
Podsumowując - uważam, że "Blaszany bębenek" jest wart uwagi. Jeśli macie możliwość, bardzo zachęcam do kupienia biletów na ten spektakl. Nie jest to byle jaki teatr - widać ten wszechobecny profesjonalizm w każdym aspekcie. Nie polecałabym tego przedstawienia osobom, które szukają odprężenia lub błahej historyjki. Tutaj musimy się dobrze skupić aby zrozumieć niektóre sceny, aczkolwiek jest to warte zachodu. Dostajemy w zamian niesamowitą historię, która z nami pozostanie na pewno na długi czas.
Witajcie,
dzisiejszy post poświęcony będzie spektaklowi, na którym niedawno byłam w Capitolu. Mowa o "Blaszanym bębenku", czyli inscenizacji słynnej powieści Güntera Grassa o tym samym tytule.
Dotychczas w Capitolu we Wrocławiu byłam dwa razy - pierwszy raz, 16.10.2019, na Mocku, zaś 30.01.2020 właśnie na "Blaszanym bębenku". Za każdym razem atmosfera teatru mnie uwiodła - oglądający odświętnie ubrani, niewielu było takich, którzy zdecydowali się na dresy, spokojne, nie za głośne rozmowy. Było czuć podniosłość tego wydarzenia. A to przecież "tylko jakiś spektakl". No właśnie, że nie - to o wiele więcej.
Po wejściu na widownię zasiadłam w fotelu i rozglądałam się wokół - jakież to mam szczęście, że mogę uczestniczyć w takich chwilach! Mimo że miejsce miałam dopiero w trzecim rzędzie po prawej stronie, wszystko widziałam bez zarzutu. Dlatego też teraz będę mogła Wam, moi drodzy Czytelnicy, opowiedzieć wszystko, co widziałam i słyszałam - bo doznania są nie z tej Ziemi!
Na początku towarzyszyło mi zaskoczenie, ponieważ Oskara, głównego bohatera, nie grało żadne dziecko (Oskar przez całe swoje życie pozostał wzrostu trzyletniego chłopca), a dorosła kobieta, Katarzyna Pietruska. Oczywiście, aktorka przed sobą miała lalkę, którą przez cały czas trwania spektaklu grała (zdjęcie z boku, po prawej Oskar). Wciąż miałam wrażenie jakby to rzeczywiście było dziecko, ponieważ mimika pani Katarzyny oddawała każdy grymas małego Oskara. Do dziś podczas czytania powieści Grassa, na którą zdecydowałam się po obejrzeniu spektaklu, czytając o chłopcu mam przed oczami tę twarz. To było moje pierwsze spotkanie z teatrem lalek i powiem szczerze - nie spodziewałam się, że tak bardzo spodoba mnie się ten rodzaj teatru. Aktorów z lalkami później było więcej (na zdjęciu "wielka miłość" Oskara).Przedstawienie, jak również książka, opowiadają historię małego Oskara Matzeratha, który w wieku trzech lat buntuje się wobec świata i postanawia nigdy nie urosnąć. Zrzuca się ze schodów i tak zostaje trzylatkiem przez całe swoje życie. Blaszany Bębenek to przedmiot, z którym nigdy się nie rozstaje. Posiada również donośny głos, który jest w stanie rozbić każdą szybę. Właściwie cała sztuka opowiada o jego licznych przygodach, rozterkach w życiu. Myślę, że warto poznać tę historię ponieważ odbiega od innych.
Pierwsza scena rozpoczęła się tańcem zabawek w sklepie. Już wtedy wiedziałam, że choreografia to coś, co "porwie" mnie w tym przedstawieniu. Nie myliłam się - podczas każdej sceny była jakaś forma tańca, który mnie oczarował bez reszty. Nieczęsto zwracam na niego uwagę, ale tu rytmiczność oraz zgranie się tancerzy nie mogło przejść bokiem. Najlepszym układom dowodziła Czarna Kucharka. Sama postać Czarnej Kucharki jest intrygująca i do końca w inscenizacji niewyjaśniona. Pojawia się w pewnych momentach, po czym znika podążając konsekwentnie charakterystycznym chodem. Przeczytałam później, że owa postać to przede wszystkim ucieleśnienie lęków samego autora, Grassa.
Na uwagę zasługuje również, ważna w pierwszych scenach, postać babki Oskara. Gdy pojawia się zza kulis ponad dwumetrowa kobieta o czterech spódnicach z kartoflowym wzorem ciężko zwrócić uwagę na cokolwiek innego. Aktorka jest osobą charyzmatyczną i szybko również łapie kontakt z widownią. Kolejną barwną postacią jest ojciec Alfred Matzerath. Aktora, Artura Caturiana, poznałam już wcześniej podczas przedstawienia "Mock". Po usłyszeniu jego głosu i śpiewu stał się bezwarunkowo jednym z najlepszych śpiewaków jakich kiedykolwiek słyszałam. Co prawda w "Blaszanym Bębenku" nie odgrywa najważniejszej roli, aczkolwiek ma swoje momenty. Ostatnią osobą, o której wręcz muszę powiedzieć jest kobieta, na którą pewnie nawet większość nie zwróciła uwagi. Otóż mowa o Justynie Woźniak. W tej sztuce grała poboczne role jak nauczycielka czy zakonnica. Jednak barwa jej głosu długo pozostaje w pamięci. Już wcześniej, na Mocku, zauważyłam jak profesjonalnie odgrywa każdą daną jej postać - tam grała Damę Ulicy, zaś tu nagle została zakonnicą... Biję pokłony dla tych trzech osób oraz oczywiście dla Katarzyny Pietruskiej.Następnym ważnym elementem jest tu muzyka. Capitol słynie z piosenek, które wpadają w ucho. Warto wejść na ich konto na soundcloudzie. Można znaleźć tam po trzy piosenki z np. Blaszanego Bębenku lub Mocka. Moje serce skradła "Szkoła", ponieważ w tym utworze można było usłyszeć Justynę Woźniak. Warto zapoznać się z tymi utworami jeszcze przed pójściem na sam spektakl, ponieważ usłyszenie znanej nuty na przedstawieniu (oraz ciche śpiewanie z aktorami...) jest czymś dzięki czemu możemy lepiej przeżywać całą sztukę.
Podsumowując - uważam, że "Blaszany bębenek" jest wart uwagi. Jeśli macie możliwość, bardzo zachęcam do kupienia biletów na ten spektakl. Nie jest to byle jaki teatr - widać ten wszechobecny profesjonalizm w każdym aspekcie. Nie polecałabym tego przedstawienia osobom, które szukają odprężenia lub błahej historyjki. Tutaj musimy się dobrze skupić aby zrozumieć niektóre sceny, aczkolwiek jest to warte zachodu. Dostajemy w zamian niesamowitą historię, która z nami pozostanie na pewno na długi czas.
Dziękuję za uwagę.
W następnym poście zrecenzuję balet "Romeo i Julia"!
Super!!! Czuję się zainspirowana
OdpowiedzUsuńBrzmi fajnie, teraz też chcę iść na ten spektakl :)
OdpowiedzUsuńWspaniały post! Czekam na następne :D
OdpowiedzUsuńgenialna recenzja! Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będę miała możliwość obejrzeć ten spektakl. Nie mogę się doczekać kolejnego wpisu!
OdpowiedzUsuńNigdy nie byłam przekonana co do teatru lalek, ale po takiej recenzji bardzo chętnie zobaczę ten spektakl :D
OdpowiedzUsuń